niedziela, 28 grudnia 2008

Jak w domu


Są takie chwile, gdy w kościele czuję się jak w domu.

Są takie słowa, w których czuję się przyjęta i zrozumiana.

I z wdzięcznością myślę o biskupach, którzy - jak dziś - mówią głosem rodziców przyjmujących i rozumiejących swe dzieci.


Bo są dobra, są wartości, które można zdobyć tylko poprzez dar z siebie, tylko poprzez ofiarę z własnych planów, pragnień, potrzeb i ambicji.

A do takiego zwyczajnego heroizmu zdolni są tylko ci, którzy wiedzą, że są kochani. I tę miłość trzeba głosić - słowem, gestem, spojrzeniem. Bo tylko czując się ukochanym dzieckiem, można być kochającym rodzicem.


"(...) Jest w Polsce bardzo wiele małżeństw, które z niewypowiedzianą tęsknotą oczekują od lat na dziecko i proszą o nie Boga, jak o największy dar. Pamiętamy o Was w modlitwie. Zachowajcie pogodę ducha. Darzcie siebie jeszcze tkliwszą miłością. Chrońcie Wasze serca przed rozgoryczeniem i pretensjami do Boga. Nie traćcie nadziei. Wiele rodzin, które jeszcze niedawno były w Waszej sytuacji, dzisiaj już cieszą się dziećmi.

Trzeba powiedzieć, że również Wasze oczekiwanie ma sens. Ono jest nie tylko ogromnie potrzebnym, ale też niepodważalnym świadectwem. Ze słowami można bowiem się spierać. Któż jednak odważy się zakwestionować Wasze życie szarpane tęsknotą za dzieckiem i jej niemalże podporządkowane. Chociażby czytając Wasze wypowiedzi na forach internetowych można się przekonać, że Bóg tak głęboko zapisał w sercu człowieka powołanie do macierzyństwa i do ojcostwa, że bez dzieci małżeństwo nie potrafi być w pełni szczęśliwe. (...)

Niestety, nikt nie może zagwarantować, że każde z oczekujących małżeństw będzie miało szczęście rodzić dzieci. Rozumiemy targające wami myśli i emocje. W imię odpowiedzialności za prawdę musimy jednak powiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest moralnie dozwolone uciekać się do zapłodnienia „in vitro”. Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje „prawo do dziecka”. Nie jest to opinia – jak czasami usiłuje się sugerować – Episkopatu Polski, ale zwyczajne nauczanie Kościoła Katolickiego, dawno już wyłożone w oficjalnych dokumentach.


Adopcja i rodzinne domy dziecka


Nieprzeniknione są [Boże] drogi, ale zawsze pełne miłości. W wielu wypadkach bezdzietność pozostaje tajemnicą, którą być może zrozumiemy dopiero po drugiej stronie życia. Zawsze jednak warto rozeznać, czy Bóg nie powołuje nas w ten sposób do szczególnej odpowiedzialności za dzieci już urodzone, które z różnych powodów nie mogą wychowywać się w swoich rodzinach naturalnych. Czy nie wzywa do szczytnej odpowiedzialności poprzez adopcję, rodzicielstwo zastępcze czy też prowadzenie z całym oddaniem rodzinnego domu dziecka. Nie bójmy się adoptować dzieci. Nie bójmy się rodzicielstwa zastępczego. A może drodzy Rodzice czujecie powołanie, by założyć rodzinny dom dziecka? To musi być powołanie, a nie tylko praca zawodowa. Trudności będą jak w każdej rodzinie, ale satysfakcja i radość może nawet większa. Sieroctwo społeczne to bardzo wyniszczająca sytuacja. Pozwólcie dzieciom poznać ciepło rodzinnego domu. Wprawdzie ktoś inny urodził ich ciało, ale wy możecie „rodzić ich serce” i walczyć o kształt ich człowieczeństwa. Tutaj w szczególny sposób brzmią Chrystusowe słowa: "A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje". Całym sercem błogosławimy Wam Rodzice, którzy w taki sposób służycie dzieciom. Rozumiemy Wasze oczekiwanie na dostosowanie prawa polskiego tak, aby matka adoptująca niemowlę mogła od razu otrzymać urlop macierzyński. Niepokoją nas sygnały o zbyt zbiurokratyzowanym podejściu pracowników socjalnych. Niepokoi nas opieszałość sądów przy wydawaniu zgody na adopcję. Życzymy Wam wiele ludzkiej życzliwości i zrozumienia ze strony wszystkich, że tutaj chodzi nie o „problem”, ale o żywe dzieci, dla których ludzkiego rozwoju miłość i ciepło rodzinnego domu mają zasadnicze znaczenie."


List pasterski Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny


sobota, 27 grudnia 2008

Wigilijne spotkanie


Dzień Wigilii.

Pada śnieg. Duże, mokre płatki śniegu ciężko opadają na bruk Starego Miasta. Chodniki są wąskie i śliskie. Przemykam pod murami kamienic. Obcasy moich butów wybijają twardy rytm szybkich kroków. Fałszywie twardy.

Ktoś idzie z przeciwka. Mężczyzna. Zatrzymuje się, usuwa, przepuszcza mnie. Podnoszę wzrok. To są ułamki sekund, to są mgnienia wieczności. Spojrzenie w oczy i nagle wszystko ma sens. Powraca harmonia. Serce ogrzane spojrzeniem człowieka nabiera ufności do Boga, otwiera się i znów umiem się modlić.

- Powierzam Ci ich. Powierzam Ci moje dziecko i jego matkę.


sobota, 20 grudnia 2008

Stajnie i żłoby


Gdybym była, kim nie jestem,

gdybym miała odwagę, jakiej nie mam,

gdybym kochała bardziej niż się boję o swoją reputację,

wypisałabym życzenia:


"Bóg się rodzi!

Niech we wszystkich naszych stajniach i żłobach rodzi się Bóg!"


Lecz jesteśmy bardziej kulturalni niż chrześcijańscy.

Ponad prawdę przekładamy piękno.

Więc kaligrafuję:


"Niech we wszystkich stajenkach i żłóbkach rodzi się Boża Dziecina!"


Bo tak jest milej, tak jest piękniej, delikatniej, grzeczniej i subtelniej.

Bo nie godzi się w świątecznym blasku świec wspominać naszych stajen wyścigowych, augiaszowych i żłobów, przy których się tłoczymy.

A przecież...

Nie wyprzemy się ich przed Tym, Który Przychodzi.


Niech się rodzi!!!

Właśnie tu.


***


A jednak...
Miewam odwagę, której nie mam :-)

czwartek, 11 grudnia 2008

Pęknąć ze śmiechu


- Pęknę ze śmiechu. - oznajmia trzyletnie pacholę.

- Jak to zrobisz? - docieka rodzic.

- Ha, ha, ha, ha, BUM!!!