
Uwiozłam ciało daleko od domu. W domu zostały kwiaty, książki, komputery. Nawet dziecko w domu zostało. Przez trzy dni miałam być uważna, skupiona, skoncentrowana na sprawach odległych od moich spraw nabrzmiałych.
Ale serce było ze mną. Wywrotowe serce, które potrafi zapętlić najkrótszą prostą i skomplikować najprostszy rysunek punktu.
Nie ryczałam nawet. Gapiłam się oczami wielkimi jak spodki na obraz, na którym człowiek chrzci Boga. Są tajemnice, wobec których mój umysł się zawiesza. Tajemnica mojego rodzicielstwa, tajemnica synostwa mojego syna, tajemnica tysiąca nici, nitek, sznurków, sznurów, którymi powiązani jesteśmy z tymi, których znamy i z tymi, których istnienie zaledwie przeczuwamy.
A Anioł był kobietą. Miała okulary na nosie i biały kostium. Nie certoliła się zbytnio. Natarczywym, krótkowzrocznym spojrzeniem wpatrywała się w mój identyfikator chyba po to tylko, żebym nie przegapiła jej obecności. Potem wzorem wszystkich aniołów położyła mi rękę na ramieniu i bez zbędnych wstępów wypaliła:
- Nie ma cudzych dzieci. Wszystkie dzieci są dziećmi Boga. Ja modlę się za wszystkie dzieci.
I tyle. Koniec widzenia. Odeszła w głąb kościoła.
* * *
Mógł być Anioł w Krakowie, mógł być i w Lublinie.
0 komentarze:
Prześlij komentarz