czwartek, 27 grudnia 2007

Niespodziewany gość

Ta noc była niezwykła. Zapewniały o tym wszystkie kanały telewizyjne, wszystkie reklamy od miesiąca uczestniczyły w nierozstrzygalnym konkursie na najczulszą, najcieplejszą, najbanalniejszą...

Beata czuła tę niezwykłość wyraźnie i wysoko ją ceniła. Do żadnej kolacji w roku nie przygotowywała się tak starannie. Z żadną kolacją nie wiązała tylu oczekiwań i nadziei. Nawet dwie wieczorne randki z Waldkiem nie miały dla niej takiego znaczenia, jak ta wieczerza przy biało nakrytym stole. I słusznie, bo z Waldkiem nic nie wyszło, a rodzina trwa. Choć niepełna od 12 lat, to trwa przecież. Dla rodziny właśnie decydowała się na wyczerpujący maraton przedświąteczny. Generalne porządki, prezenty, kosmetyczka, fryzjer, dwanaście potraw wigilijnych... Przy kulinariach opuszczała jednak nieco poprzeczkę i liczyła do dwunastu sumując również chleb, ziemniaki oraz ciasta.

Jej nastoletnie dzieci – Ania i Paweł – starały się wpisać w świąteczny scenariusz autorstwa mamy i tradycji. W dzień wigilii nigdzie nie wychodzili, pogodnie lub z rezygnacją godzili się na uczestnictwo w przedświątecznej gorączce o ciężkim przebiegu. Ania od rana prasowała bluzki, koszule i obrusy. Paweł też wykazywał wiele dobrej woli – nie przeszkadzał. Siedział przed swoim komputerem i pracował lub przekonująco udawał, że pracuje. W ten sposób Beata realizowała swój życiowy cel – rodzinną atmosferę w domu. A wszystko po to, by nikt, NIKT nie odczuwał braku ojca. Ani męża.


Koło godziny 15 zadzwoniła jeszcze babcia Ula, żeby spytać, jak sobie radzą, złożyć życzenia po raz trzeci i na pewno nie ostatni oraz zapewnić, że przyjadą w drugie święto i przywiozą piernik i bigos...

- Mamo, mam jeszcze trochę roboty. - Beata starała się być delikatna i stanowcza – Pogadamy, gdy przyjedziecie.

Babcia się rozłączyła. A pierwsza gwiazdka coraz bliżej...

- Paweł, odklej się już od komputera – zarządziła – Nakryj do stołu. Talerze płaskie, głębokie, spodki, filiżanki, sztućce...

- Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie – westchnął ciężko Paweł, zamykając liczne otwarte okna różnych programów komputerowych.

- Pamiętaj o dodatkowym nakryciu dla niespodziewanego gościa! - przypomniała mama.

- A co, ktoś przyjdzie? - zainteresował się.

- Nie. Nikt nie przyjdzie. To taka tradycja – wyjaśniła jak co roku.

- A! Tradycja. - powtórzył Paweł, wymawiając słowo „tradycja” w sposób, który nie pozostawiał miejsca na domysły, jak wielkie jest jego lekceważenie dla tej szacownej staruszki.

Wszystko toczyło się utartym, choć zaledwie raz do roku przecieranym szlakiem. Role były rozdzielone, scenografia przygotowana, aktorzy dobrze zmotywowani, by z roli nie wypaść. I tylko początek przedstawienia pozostawał dyskusyjny. Od kiedy to grali? Od kiedy grali przedstawienie pt.: „Szczęśliwa rodzinka a ojciec świnia odszedł.”? Czy kiedykolwiek przestawali to grać?


Dzwonek do drzwi zadzwonił chwilę po godzinie 17. Mieli właśnie siadać do stołu i najchętniej by go zignorowali. Ale powtórzył się.

- Kogo diabli nadali? - zawołała zirytowana Beata.

- Otworzę – powiedziała Ania i otworzyła.

W drzwiach stał mężczyzna. Zmienił się, ale nie aż tak, by go nie poznała. Ojciec.

- Dobry wieczór – powiedział.

Milczała.

- Dobry wieczór. – powtórzył z zakłopotanym uśmiechem – Wiem, że nie spodziewaliście się mnie. Mogę wejść? - Wykonał coś jakby krok w przód. Odsunęła się, wpuściła go do mieszkania.

- Kto to był? - krzyczała Beata z kuchni.

Ania stała i patrzyła na niespodziewanego gościa. Milczała nadal, bo żadnego właściwego słowa znaleźć nie mogła.

Z kuchni nadeszła zaciekawiona Beata. Rzuciła okiem na sytuację i już wiedziała, że – cholera jasna! - wszystko spieprzył! Przylazł w wigilijny wieczór sentymentalny starszy pan, święty Mikołaj od siedmiu boleści, choć nikt go nie oczekiwał, choć bez niego ich życie od lat kręciło się we właściwym kierunku. Przylazł, by zepsuć. Zepsuć wszystko, co z takim trudem zbudowała.

- Po co przyszedłeś? - spytała cicho, z wściekłością i z nadzieją w głosie, że może to tylko zjawa, może nie odezwie się, rozpłynie w świetle choinkowych lampek, zniknie bezpowrotnie...

- Tęskniłem za wami. Chciałem się spotkać. Porozmawiać. - odezwał się jednak, potwierdzając swoją materialną obecność.

- Phi! - prychnęła jak rozwścieczona kotka. W prychnięciu tym była nietajona wściekłość i pogarda. Chciała, by poczuł je do szpiku kości.

- Paweł! - zawołała w głąb mieszkania – Tatuś wrócił!

Paweł wszystko słyszał. Wyszedł ze swojego pokoju dobrze zorientowany w nietypowej sytuacji.

- Dobry wieczór, panu. Ja nie mam ojca. – powiedział głośno i wyraźnie, patrząc wyzywająco na mężczyznę w przedpokoju.

- Cześć, Paweł – odpowiedział mężczyzna i zwrócił się do wszystkich – Bardzo chcę z wami dzisiaj być. Mogę zostać?

- Możesz. - odezwała się po raz pierwszy Ania.

- Możesz?! - powtórzył Paweł i spojrzał na siostrę z wściekłością - Aha! To jest ten niespodziewany gość! - ironia chlustała z jego słów - Przybłęda jakiś. To tradycja taka, że trzeba go przyjąć!

- Beatko... - mężczyzna czekał na decyzję byłej żony.

- Nie mów do mnie Beatko! - warknęła – Jak dzieci chcą, to zostań.


Zasiedli do stołu. Marek na miejscu przeznaczonym dla niespodziewanego gościa, tyłem do telewizora, Beata, Ania i Paweł na swoich zwykłych miejscach, przodem do telewizora. W TV podawali właśnie informacje o niebezpiecznej sytuacji na drogach. Intensywne opady śniegu, ślisko, liczne stłuczki i wypadki.

Atmosfera przy stole była grobowa. Gdyby dowiedzieli się, że zmarł właśnie ktoś bliski, prawdopodobnie czuliby się i zachowywaliby się swobodniej.

- No, jak już się spotkaliśmy, – przerwała uciążliwą ciszę Beata – to pogadajmy chociaż. Co u ciebie, Marek, słychać?

- A, dziękuję. – odpowiedział z wyraźną ulgą, że ktoś złamał to ciężkie milczenie – Jak wiecie... lub nie wiecie, mieszkam pod Warszawą ze swoim ojcem i... – nabrał powietrza jak przed skokiem do głębokiej wody - i z nową rodziną.

- Wiemy, wiemy! – zawołał zaczepnie Paweł - Mieszkasz w pięknym domu ze swoją piękną, młodą żonką, śliczną córeczką i dwoma rasowymi pieskami. Kotki rasowe też macie? – spytał zjadliwie.

Marek spojrzał na syna. Boleśnie.

- Nie. Kotków nie mamy. – odpowiedział.

- A twoja córka? Jak ma na imię? – spytała Ania.

- Oliwka.

- Ha, ha, ha! – zaśmiał się cynicznie Paweł – Oliwka! Imię w sam raz dla słodkiego, zasranego bachora!

- Paweł! – Beata spojrzała na syna surowo – Zachowuj się!

- To nic... – wtrącił cicho Marek – To nic.

- Nic?!!! – wrzasnął Paweł – Nic?!!! To ty jesteś nic! Wielkie nic! Zero jesteś! Zero! Ciebie nie ma! Nie istniejesz! Ja ojca nie mam i nie miałem! – wykrzyczał. Z hukiem wstał od stołu i zwracając się do siostry i do matki, spytał z dobrym wyczuciem dramaturgii – Mamo, siostro, co ten obcy człowiek robi w naszym domu?

Nikt się nie poruszył. Paweł czekał na reakcję ojca, ale daremnie. Ciszę znów litościwie wypełniły łyżki miarowo uderzające o talerze.

- Każdy ma ojca – odezwał się w końcu Marek – Tylko czasami ojcowie zapominają lub chcą zapomnieć, że mają dzieci. Ja zapomniałem... I bardzo tego żałuję. Bardzo. Dlatego przyszedłem. Żeby powiedzieć: przepraszam. Przepraszam was. – jego łyżka zgubiła rytm, opadła na biały obrus, plamiąc go czerwonym barszczem niczym krwią. Ręka drżała. Głos się łamał.

- Ja cię poznaję. Pamiętam. – cicho odezwała się Ania – Jesteś moim tatą. Zawsze byłeś. I będziesz.

Spojrzeli na siebie ponad stołem, ponad wszystkim, co przepaścią otwierało się między nimi. Czworo mokrych oczu ciepło uśmiechnęło się do siebie.

- Ja wiem – odezwał się Marek z nową otuchą w głosie – że czasu nie cofnę, swojej winy nie wymażę, niczego już zmienić nie zdołam. Ale chcę wam powiedzieć, że was kocham... – siąknął nosem – Jesteście moją rodziną. Będę się o was troszczył. Będę blisko, będę obecny... – głos znów go zawiódł. Otarł twarz ręką.

- Chcę w to wierzyć. Bardzo chcę w to wierzyć. – powiedziała Beata ni to do siebie, ni to do niego.

- Mam dla was prezenty. – Marek sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął stamtąd trzy papierowe aniołki. Położył je na stole: aniołka z sercem na dłoni przed Anią, aniołka z gwiazdą nad czołem przed Pawłem i aniołka z latarenką w dłoniach przed Beatą.

- Niech wam zawsze przypominają o tym, o czym ja sam na tak długo zapomniałem, – z trudem panował nad głosem - że was kocham.

- Starczy już tego przedstawienia. – odezwał się spod okna Paweł – Teraz to już chyba możesz iść.

- Tak, – Marek wstał od stołu – teraz to już chyba mogę iść.

Odprowadzili go do drzwi. Coś unoszącego się w powietrzu – intensywne drżenie, nieuchwytny zapach – przekonywało ich z wielką mocą, że ta noc jest niezwykła.

- Do widzenia, tato. Dziękuję za aniołka. – Ania podała mu rękę. Niezdarnie przygarnął ją ramieniem, a ona pozwoliła się przygarnąć.

- Odezwij się czasem. – powiedziała Beata – Uprzedź, gdy będziesz chciał wlecieć.

- Teraz już zawsze będę blisko was – zapewnił Marek, a nieokreślone drżenie i zapach zdawały się nasilać.

- Tylko nie za blisko! – zastrzegł groźnie Paweł. Ale podał ojcu rękę na pożegnanie.


Następnego dnia rano obudził Beatę telefon.

- Cześć córuś! Wszystkiego dobrego na święta! – to znowu dzwoniła babcia Ula.

- Cześć mamo. Jest pierwszy dzień świąt. Rano. Bardzo wcześnie rano. - Beata z trudem wynurzała się ze snu.

- Wiem, córuś. Obudziłam cię? - szczebiotała podekscytowana babcia.

- Tak.

- No, ale musiałam zadzwonić. - wyjaśniła - Bo zadzwonił do mnie właśnie ojciec Marka. Wiesz, twój teść.

- Były teść. – sprostowała Beata.

- No, niby tak. Ale ja go zawsze lubiłam. I on mnie też. A zadzwonił, żeby przekazać bardzo smutną wiadomość... – matka zawiesiła głos.

- Jaką? – spytała znużona już tą rozmową Beata.

- Marek nie żyje.

- Co??? – Beata ożywiła się natychmiast.

- Nie żyje. – powtórzyła matka – Jego ojciec mówił, że wyjechał wczoraj rano w jakiejś ważnej sprawie. I miał wypadek pod Warszawą. W poślizg wpadł. Wczoraj były okropne warunki na drogach. Nawet w telewizji mówili, żeby uważać. Pogotowie zabrało go nieprzytomnego do szpitala. I nie odzyskał przytomności. Dziś w nocy zmarł.

- ...

- Halo, Beatko? Słyszysz mnie?

- Słyszę. Ale nie rozumiem. Nic nie rozumiem.

- A co tu jest do rozumienia – zdziwiła się słuchawka – mówię ci wyraźnie, Marek wczoraj rano miał wypadek, wpadł w poślizg...

Beata już nie słuchała. Odłożyła słuchawkę. Zamknęła oczy i wytężyła wszystkie pozostałe zmysły. Tak, to naprawdę minęło – intensywnego drżenia i nieuchwytnego zapachu nie było już w powietrzu od dawna.


niedziela, 23 grudnia 2007

Życzę Tobie...

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami.”
J 1,14



Żeby wszystkie dobre słowa -

te usłyszane, wypowiedziane i te pomyślane tylko

- stały się Ciałem.

Żeby zamieszkały między nami.

Żeby stały się namacalne, dostrzegalne, żywe.

Żeby ogrzały swoim ciepłem wszystkich zmarzniętych.


Przytulnych (od: przytulam, przytulaj...)

Świąt Bożego Narodzenia!


życzy

Majewka


czwartek, 20 grudnia 2007

Czy wierzysz w Świętego Mikołaja?

PSYCHOZABAWA

Święta to magiczny czas. Dobrze pamiętamy z dawnych lat niecierpliwe oczekiwanie i wielką radość, gdy pod choinką znaleźliśmy prezenty. Odwiedziny Świętego Mikołaja to było zawsze niezapomniane przeżycie. Nawet wtedy, gdy straszył nas rózgą lub przynosił w prezencie ciepłe rajstopy i tabliczkę czekolady. Jakie czasy, taki Święty Mikołaj...

Dziś Mikołaj ma ułatwione zadanie. W każdym sklepie tysiące towarów marzą tylko o tym, by wskoczyć do jego worka i stać się idealnym prezentem dla kogoś bliskiego.

Ale, ale... czy Ty wierzysz jeszcze w Świętego Mikołaja? Czy wierzysz w dobrotliwego staruszka, który bezinteresownie obsypuje prezentami grzeczne i niegrzeczne dzieci? Czy wierzysz w magię Świąt?

Nasza psychozabawa wszystko Ci wyjaśni.


1. Kim jest Święty Mikołaj?

a) To wyrośnięty krasnal w firmowym ubranku coca-coli. Nocą wchodzi przez komin i podrzuca prezenty pod choinkę. @

b) Nie ma Świętego Mikołaja. Dawno już wyrosłam z tych naiwnych bajek. &

c) To wujek Edek w futrze dziadka Staszka z doklejoną brodą z waty. #


2. Co myślisz, gdy znajomi zapychają Twoją skrzynkę e-mailową zdjęciami dzieci w czerwonych czapkach z białym pomponem?

a) Kicz i banał. Czy ci rodzice są ślepi, że nie widzą, jakie to nudne – tłumy dzieci w takich samych czapkach pod takimi samymi choinkami. &

b) Kupię sobie taką czapkę. Nałożę ją w wigilię i będzie trochę tak, jak zawsze chciałam, żeby było. #

c) Piękne i wzruszające. Pamiętam, że ja też bardzo przeżywałam każdą gwiazdkę. @


3. A gdyby ktoś poprosił Ciebie, żebyś przebrała się za Świętego Mikołaja?

a) Przebrałabym się! To musi być niesamowite doświadczenie - zostać Świętym Mikołajem! #

b) Nieee..., ja zupełnie nie nadaję się na Świętego Mikołaja. @

c) Na szczęście nikt nie wpadnie na tak niedorzeczny pomysł. &


4. Co powinno być na wigilijnym stole?

a) Coś smacznego, niezwykłego. W końcu po to są święta. &

b) Biały obrus, sianko pod obrusem, opłatek, dwanaście wigilijnych potraw: zupa grzybowa, karp, kapusta z grochem, mak... @

c) Właśnie znalazłam ciekawy przepis na pierożki z makiem. Zrobię je na wigilię. #


5. Co chciałabyś dostać od Świętego Mikołaja?

a) Nie wiem. Wszyscy pytają się mnie, co chciałabym dostać, a ja nie mam pojęcia, co odpowiadać. #

b) Święty spokój. Żeby sobie schował głęboko do worka całą tę świąteczną szopkę. &

c) Mam już gotową listę prezentów. Można się wpisywać, co kto mi kupi. @


6. Jaka pogoda powinna być w święta?

a) Powinien być mróz, śnieg i bezchmurne niebo, żeby było widać pierwszą gwiazdkę. @

b) Pogoda nie ma większego znaczenia. Deszczowe i błotniste święta też mogą być piękne. #

c) Śnieg powinien być, przynajmniej w górach, żeby można było wyskoczyć na narty. &


7. Co myślisz o świątecznych prezentach?

a) Uwielbiam je planować! Podpytywać, podsłuchiwać, o czym marzą moi bliscy. #

b) Nie mam z tym problemu. Sklepy są pełne i zawsze coś znajdę. &

c) Miło jest je dostawać. Uwielbiam prezenty, te niespodziewane i te oczekiwane!@


8. Z kim chciałabyś spędzić święta?

a) Sama. Ewentualnie z najbliższą mi osobą. &

b) Z moją rodziną – im nas więcej zasiądzie przy wigilijnym stole, tym będzie weselej. @

c) Chciałbym kiedyś spędzić święta z tymi, którzy nie mają z kim ich spędzać – z bezdomnymi, więźniami, dziećmi z domu dziecka, staruszkami z domu opieki społecznej. #


9. Gdzie chciałabyś spędzić święta?

a) W moim domu rodzinnym. Żeby było tak, jak kiedyś. @

b) W swoim domu. Żeby było tak, jak to sobie zaplanuję. #

c) W górach na stoku narciarskim. Na Majorce. Na Wyspach Wielkanocnych. &


10. Wysyłasz życzenia świąteczne?

a) Kilka e-maili i smsów. Zazwyczaj do tych, od których otrzymałam już życzenia. &

b) Kupuję ładne kartki z ciekawym tekstem i wysyłam. To taki miły gest pamięci i życzliwości. @

c) Sama produkuję kartki świąteczne. Długo myślę nad tekstem życzeń, żeby nie był banalny, lecz taki „od serca”. #


Jeśli zebrałaś najwięcej @, to

ciągle wierzysz w Świętego Mikołaja!

Niecierpliwe wyglądasz pierwszej gwiazdki, szczerze cieszysz się z prezentów, prawdziwie zachwycasz się sztucznym srebrem i złotem – małe, ufne dziecko, mimo upływu lat, ciągle żyje w Tobie.

Wierzysz w spełnienie marzeń, wierzysz w szczerość świątecznych życzeń, wierzysz w magię wigilijnej nocy.

Twoja obecność przy wigilijnym stole jest niezwykle cenna. Twój entuzjazm udziela się największym ponurakom, choć niektórych może drażnić.

W tym roku postaraj się okazać wyrozumiałą życzliwość tym z gości, którzy dawno już utracili swoją żywiołowość i szczerość zachwytu.

I baw się z dziećmi pod choinką! One uwielbiają Twoje towarzystwo!


Jeśli zebrałaś najwięcej &, to

już nie wierzysz w Świętego Mikołaja!

Nie dla Ciebie renifery, dzwonki sań, sztuczny śnieg na oknach, łzawe wzruszenia i kruchość białego opłatka.

Wyrosłaś z tego. Przejrzałaś konwenans. Zdemaskowałaś kicz i kłamstwo. Święta to najpodlejsze dni w roku. Ta presja na przeżywanie szczęścia w rodzinnym gronie! Wigilia to marne przedstawienie. Nie cierpisz w nim uczestniczyć!

Masz wiele racji. Badania dowodzą, że świąteczny stres nie da się porównać z niczym innym. Dlatego właśnie coraz więcej ludzi odważnie przyznaje się, że najchętniej uciekłoby na koniec świata przed pierwszą gwiazdką.

Jeśli jednak z jakichś względów o ucieczce będziesz mogła tylko marzyć, postaraj się nie zarażać niechęcią do świąt pozostałych biesiadników. Pozwól innym przeżywać je tak, jak chcą. Choćbyś miała patrzeć na to z politowaniem.

A jeśli możesz zaszyć się na końcu świata i uniknąć świątecznego zamieszania – zaszyj się z czystym sumieniem i rozkoszuj się upragnioną samotnością i spokojem.


Jeśli zebrałaś najwięcej #, to

już wiesz, że Święty Mikołaj to Ty!

Gratulujemy! Odkryłaś prawdziwą tajemnicę świąt Bożego Narodzenia!

Wiesz już, że święta mogą być takie, jakie chcesz, by były. Tak dużo od Ciebie zależy!

Możesz przygotować je według tradycyjnej receptury: z gruntownymi porządkami, dwunastoma potrawami na wigilijnym stole, zamówionym Świętym Mikołajem, kolędami i pasterką. Ale możesz też zrezygnować z męczących przedświątecznych przygotowań, nie tracić sił na czyszczenie, polerowania, pieczenie i gotowanie, lecz zarezerwować sobie czas i ochotę na wspólną zabawę, świąteczną radość przy choince, spacer, pogodny film oglądany razem z rodziną.

To właśnie Ty wyczarowujesz magię świąt.

Pomyśl, jak chciałabyś spędzić je w tym roku. Spytaj swoich bliskich, co w świętach lubią najbardziej. Nawet jeśli powiedzą Ci, że najbardziej chcieliby stąd wyjechać, to Ty przecież wiesz, że ostatecznie święta dzieją się w sercu. I tam zapadają jako wspomnienia. Potrafisz uczynić je pięknymi!


środa, 19 grudnia 2007

Niebajka

Pochylam głowę. W poczuciu wdzięczności.

Bo czuję się prowadzona. Po raz pierwszy od..., od..., od nie pamiętam kiedy, czuję się prowadzona.
Prowadzona przez 5 lat Bociana, przez greckie pojęcie kairos, przez spotkanie u Oli, pośpieszne szeptanki przy stole o sprawach, które w sercu dźwięczą jak dzwon, aż po wieczorną prośbę Tomka: "Opowiedz, jak byłem malutki".


I stało się. Popłynęła opowieść o szpitalu, narodzinach, innej mamie, białym łóżeczku, windzie, czerwonym fiacie uno...


I nic się nie stało.

Teraz co wieczór opowiadam niebajkę o tym, jak byłeś malutki. Taką niebajkę na szczęśliwe życie.
A wczoraj, gdy w opowieści doszliśmy do naszego domu, powiedziałeś: "Tomek cieszy." I ja też się cieszę. I tata też.


Wchodzę o tę opowieść, wchodzę w przeszłość. Otwieram ją przed Tobą i przed sobą. I czuwam, by nie straszyła. Twoja przeszłość jest dobra.

Lecz wcale się nie dziwię, że nie możesz zasnąć, mój synku malutki.

Jestem przy Tobie.


poniedziałek, 10 grudnia 2007

Bajka królewska

Dla Tomka, Stasia, Michałka, Pawełka, Kamilka,
Zosi, Dominisi, Malwinki, Amelki, Oleńki...
i wielu, wielu innych Królestw, które zaznały bezkrólewia


Każde królestwo ma swojego Króla i Królową.

Król dba, by jego królestwo było bezpieczne. Objeżdża granice, pilnuje porządku i sprawiedliwości. Król czuwa, by nikomu w królestwie nie działo się nic złego.

Królowa dba o to, by jej królestwo było piękne. Ona zna po imieniu wszystkie kwiaty, wszystkie drzewa i wszystkie ptaki, wszystkie zwierzęta mieszkające w królestwie. Rozmawia z ludźmi, troszczy się, by niczego im nie brakowało, by byli szczęśliwi i radośni.

Każde królestwo musi mieć swojego Króla i Królową. To oczywiste i każdy o tym wie.


Król i Królowa siedzieli właśnie przy stole w swoim pięknym zamku i pili herbatę, gdy nadbiegł Posłaniec. Był bardzo przejęty i nie mógł złapać tchu, a chciał ogłosić Królowi i Królowej najświeższą nowinę.

- Naj..., Naj..., Najjaśniej..., Najjaśniejszy Panie! Najjaśniej..., Najjaśniejsza Pani! - wydukał w końcu formułkę powitalną - Zostaliście Królem i Królową! - wykrzyknął jednym tchem.

- Jak to? - zdziwił się Król.

- Jak to? - zdumiała się Królowa. - Przecież już od dawna jesteśmy Królem i Królową. Ja jestem Królową Królestwa Księżyca i Królestwa Gwiazd, a to jest Król Królestwa Księżyca i Królestwa Gwiazd. Musiałeś coś pomylić, Posłańcu - wyjaśniła Królowa.

- Najjaśniejsi, ja niczego nie pomyliłem! - oburzył się Posłaniec - Powstało Nowe Królestwo! I Wy zostaliście jego Królem i Królową!

- Nowe Królestwo?!!! - wykrzyknęli zdumieni Król i Królowa.

- Tak! Nowe Królestwo! - potwierdził Posłaniec. - Już je widziałem! Jest piękne! Malutkie jeszcze, ale rośnie. Jest silne. Będzie wielkim, potężnym Królestwem. - zachwycał się Posłaniec.
- Dziękujemy ci, Posłańcu, za te nowiny - powiedział Król i polecił Posłańcowi, by odszedł.

Posłaniec odszedł a przy królewskim stole zapadła cisza. Król milczał i myślał. Królowa milczała i myślała. Królewski pies, który leżał pod stołem, też chciał myśleć, ale zasnął. Królewski kot, zamiast myśleć, mruczał rozkosznie zwinięty w kłębek na kominku. A uprzykrzone królewskie muchy ucichły. Przestały brzęczeć, bo czuły, że w zamku dzieją się bardzo ważne rzeczy.
- Królu, - odezwała się w końcu Królowa - ale ja już jestem Królową Królestwa Księżyca i Królestwa Gwiazd... Boję się, że nie dam rady być Królową jeszcze jednego Królestwa...
- Wiem - powiedział Król. - Ja też obawiam się, że nie starczy mi sił, by bronić Nowego Królestwa.
- To co my teraz zrobimy? - zmartwiła się Królowa - Przecież każde Królestwo musi mieć swojego Króla i swoją Królową...

- No właśnie... - zamyślił się Król - Co my teraz zrobimy?

- Już wiem! - wykrzyknął po chwili Król i z radości podskoczył na tronie, bo czuł, że wpadł na bardzo dobry pomysł.

- Posłaniec! Posłaniec!!! - krzyczał Król tak głośno, że aż królewski pies się obudził, królewski kot zeskoczył z kominka i uciekł a królewskie muchy rozbrzęczały się na nowo, bo czuły, że to wszystko dobrze się skończy.

Nadbiegł zdyszany Posłaniec.

- Jestem, Królu.- zameldował się.

- Jest tak, - powiedział do niego Król - Królowa i ja nie możemy być Królem i Królową Nowego Królestwa, o którym nam opowiadałeś. Bo nie damy rady. Pojedziesz więc w świat i poszukasz Nowego Króla i Nowej Królowej, którzy będą najlepszymi Królem i Królową dla pięknego, rosnącego w siłę Nowego Królestwa.

- Tak jest, Królu! - zakrzyknął Posłaniec, który był bardzo mądrym Posłańcem. Wszystko rozumiał i doskonale wiedział, że każde Królestwo musi mieć swojego Króla i Królową. Pokłonił się nisko i pomknął w świat szukać Nowego Króla i Nowej Królowej dla Nowego Królestwa.

Znalazł ich w niewielkim domu pod skośnym dachem. Mieszkali tam od lat i codziennie marzyli, by zostać Królem i Królową jakiegoś pięknego Królestwa.

- Witajcie! - pozdrowił ich Posłaniec, wchodząc do ich domu - Mam dla Was dobrą wiadomość! Powstało Nowe Królestwo. Jest jeszcze maleńkie, ale ciągle rośnie. Lecz nie ma Króla ani Królowej. Czy chcecie zostać jego Nowym Królem i Nową Królową?

- Juuupiii!!! - zapiszczała z radości Nowa Królowa. - Chcemy! Bardzo chcemy!

- Yes! Yes! Yes! - zakrzyknął z radości Nowy Król. - To było nasze największe marzenie!

Chwycili się za ręce i na środku domu pod skośnym dachem odtańczyli dziki taniec radości. Gdy przestało już kręcić im się w głowie, ustalili z Posłańcem, kiedy pojadą do swojego Nowego Królestwa.

A Nowe Królestwo rzeczywiście było piękne i bardzo silne. Z dnia na dzień rosło. Coraz więcej ptaków mieszkało w koronach jego drzew, coraz więcej kwiatów rozkwitało w jego ogrodach. Coraz więcej samochodów jeździło po jego drogach i coraz więcej pociągów pędziło po jego torach. Piękne i potężne Królestwo zostało nazwane Królestwem Słońca. Nowy Król pilnował granic swojego Królestwa. Czuwał, by w spokoju, bezpiecznie mogło rosnąć i rozwijać wszystkie swoje możliwości. Nowa Królowa troszczyła się, by było piękne i dobre. Nauczyła się na pamięć nazw wszystkich samochodów, które jeździły po drogach Królestwa, znała wszystkie autobusy i tramwaje, odróżniała koparkę od spychacza i wiertarkę od wkrętarki. Śmiała się, gdy w Królestwie panowała radość i pocieszała mieszkańców, gdy chodzili smutni lub zagniewani. Król i Królowa byli bardzo dumni ze swojego Królestwa. Bardzo je kochali. I często powtarzali, że ich Królestwo to największy skarb, jaki można znaleźć na tym świecie.


wtorek, 4 grudnia 2007

nasza-klasa.pl

"(...) Dorośli są zakochani w cyfrach. Jeżeli opowiadacie im o nowym przyjacielu, nigdy nie spytają o rzeczy najważniejsze: "Jaki jest dźwięk jego głosu? W co lubi się bawić? Czy zbiera motyle?"
Oni spytają was: "Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?" Wówczas dopiero sądzą, że coś wiedzą o waszym przyjacielu."

A. de Saint-Exupery, Mały Książę


Jestem jedną z trzech milionów zarejestrowanych użytkowników portalu nasza-klasa.pl.

Zamieściłam tam jedno z dwudziestu milionów zdjęć.

Wysłałam 40 prywatnych wiadomości, odebrałam 47. To nie promil nawet wśród dwustu milionów przesłanych wiadomości.

Mam 54 znajomych. Od dwóch zaproszonych osób nie otrzymałam odpowiedzi. Z jedną osobą, która wysłała mi zaproszenie, musiałam ustalić, czy my rzeczywiście się znamy i skąd się znamy. Okazało się, że to znajomość z forum internetowego. Dotąd znałam ją pod anonimowym nickiem. Teraz poznałyśmy swoje imiona i rozpoznałyśmy się na zdjęciach.

Mój znajomy Krystian ma 117 znajomych, a Agnieszka tylko 12, choć rejestrowała się na naszej-klasie w tym samym czasie, co ja. Widziałam również kogoś, kto ma 384 znajomych.


Co to wszystko mówi o mnie, o Krystianie, o Agnieszce, o trzech milionach innych użytkowników?

Mówi, że mamy wielką frajdę odnajdując w Sieci znajome twarze - te dawno niewidziane, często spotykane, a niektóre... widziane po raz pierwszy.

Mówi, że pragniemy kontaktu, bliskości, rozmowy. Tak trudno jednak przebić się przez bezpieczny banał krążących wiadomości e-mailowych: "Co u ciebie?" "Wszystko ok." "U mnie też. Mam synka." "Gratuluję! Ja mam córeczkę".


Nasza-klasa, według założeń twórców, ma służyć nawiązywaniu zerwanych dawno kontaktów po to, by móc spotkać się, porozmawiać, ożywić wyblakłe wspomnienia, odnowić stare znajomości.

Ale jak to będzie, gdy w jakiś piątkowy wieczór spotkamy się w jakiejś knajpce na Starym Rynku?

Nie, nie będzie to już "spotkanie po latach". Już teraz widzimy się przecież na zdjęciach, analizujemy liczbę zmarszczek, kilogramów, partnerów i potomstwa. Martwe przez lata relacje już na nowo się kształtują - ktoś kogoś zaprosił do grona swoich znajomych, a kogoś pominął. Ktoś ma pięć stron wypełnionych zdjęciami znajomych, a ktoś jedną niepełną. Pozycje zostały określone.

Liczbowo.


sobota, 1 grudnia 2007

Krótki film o zabijaniu. Odnaleziony prolog

Nic, NIC nie wskazywało na to, że film Krzysztofa Kieślowskiego sprzed dwudziestu lat (rok prod. 1987) będzie pierwszym filmem, nad którym się tutaj zatrzymam.


A jednak właśnie Krótki film o zabijaniu powrócił do mnie z wielką mocą w ostatnich dniach. Oglądałam go raz, jakieś 14 lat temu na lekcji religii w liceum. Raz, a starczy mi na całe życie. To wtedy, w ciągu kilkudziesięciu minut projekcji, nabrałam niepodważalnego przekonania, że kara śmierci jest śmiercią zadaną człowiekowi przez człowieka. I cała filozofia uzasadnień "kary" upada pod naporem tego nagiego, fizjologicznego - powiedziałabym - faktu.


Upływ czasu niczego we mnie nie zmienił. Dlatego z dreszczem radości, towarzyszącym pożądanym a niespodziewanym odkryciom, znalazłam w Sieci stronę pana Ryszarda Makowskiego. A na stronie, wśród artykułów, m.in. Smutną opowieść o Waldku i wykonanej na nim karze śmierci, czyli prolog (i po części epilog) Krótkiego filmu o zabijaniu.


Dla mnie jest to ważne odkrycie i ważne spotkanie - z panem Ryszardem, z Waldkiem, z wymiarem sprawiedliwości, z opinią społeczną, z sobą samą wreszcie. Gdy dziś coraz częściej (a może tylko coraz wyraźniej?) słyszę głosy akceptacji dla kary śmierci, to głos człowieka, który niejedną noc i niejeden dzień spędził na odludziu i wśród ludzi z "bandziorami", przestępcami, zabójcami i nie zwątpił w sens resocjalizacji, jest dla mnie bardzo znaczący. Porządkujący. Uspokajający.