Ta noc była niezwykła. Zapewniały o tym wszystkie kanały telewizyjne, wszystkie reklamy od miesiąca uczestniczyły w nierozstrzygalnym konkursie na najczulszą, najcieplejszą, najbanalniejszą...
Beata czuła tę niezwykłość wyraźnie i wysoko ją ceniła. Do żadnej kolacji w roku nie przygotowywała się tak starannie. Z żadną kolacją nie wiązała tylu oczekiwań i nadziei. Nawet dwie wieczorne randki z Waldkiem nie miały dla niej takiego znaczenia, jak ta wieczerza przy biało nakrytym stole. I słusznie, bo z Waldkiem nic nie wyszło, a rodzina trwa. Choć niepełna od 12 lat, to trwa przecież. Dla rodziny właśnie decydowała się na wyczerpujący maraton przedświąteczny. Generalne porządki, prezenty, kosmetyczka, fryzjer, dwanaście potraw wigilijnych... Przy kulinariach opuszczała jednak nieco poprzeczkę i liczyła do dwunastu sumując również chleb, ziemniaki oraz ciasta.
Jej nastoletnie dzieci – Ania i Paweł – starały się wpisać w świąteczny scenariusz autorstwa mamy i tradycji. W dzień wigilii nigdzie nie wychodzili, pogodnie lub z rezygnacją godzili się na uczestnictwo w przedświątecznej gorączce o ciężkim przebiegu. Ania od rana prasowała bluzki, koszule i obrusy. Paweł też wykazywał wiele dobrej woli – nie przeszkadzał. Siedział przed swoim komputerem i pracował lub przekonująco udawał, że pracuje. W ten sposób Beata realizowała swój życiowy cel – rodzinną atmosferę w domu. A wszystko po to, by nikt, NIKT nie odczuwał braku ojca. Ani męża.
Koło godziny 15 zadzwoniła jeszcze babcia Ula, żeby spytać, jak sobie radzą, złożyć życzenia po raz trzeci i na pewno nie ostatni oraz zapewnić, że przyjadą w drugie święto i przywiozą piernik i bigos...
- Mamo, mam jeszcze trochę roboty. - Beata starała się być delikatna i stanowcza – Pogadamy, gdy przyjedziecie.
Babcia się rozłączyła. A pierwsza gwiazdka coraz bliżej...
- Paweł, odklej się już od komputera – zarządziła – Nakryj do stołu. Talerze płaskie, głębokie, spodki, filiżanki, sztućce...
- Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie – westchnął ciężko Paweł, zamykając liczne otwarte okna różnych programów komputerowych.
- Pamiętaj o dodatkowym nakryciu dla niespodziewanego gościa! - przypomniała mama.
- A co, ktoś przyjdzie? - zainteresował się.
- Nie. Nikt nie przyjdzie. To taka tradycja – wyjaśniła jak co roku.
- A! Tradycja. - powtórzył Paweł, wymawiając słowo „tradycja” w sposób, który nie pozostawiał miejsca na domysły, jak wielkie jest jego lekceważenie dla tej szacownej staruszki.
Wszystko toczyło się utartym, choć zaledwie raz do roku przecieranym szlakiem. Role były rozdzielone, scenografia przygotowana, aktorzy dobrze zmotywowani, by z roli nie wypaść. I tylko początek przedstawienia pozostawał dyskusyjny. Od kiedy to grali? Od kiedy grali przedstawienie pt.: „Szczęśliwa rodzinka a ojciec świnia odszedł.”? Czy kiedykolwiek przestawali to grać?
Dzwonek do drzwi zadzwonił chwilę po godzinie 17. Mieli właśnie siadać do stołu i najchętniej by go zignorowali. Ale powtórzył się.
- Kogo diabli nadali? - zawołała zirytowana Beata.
- Otworzę – powiedziała Ania i otworzyła.
W drzwiach stał mężczyzna. Zmienił się, ale nie aż tak, by go nie poznała. Ojciec.
- Dobry wieczór – powiedział.
Milczała.
- Dobry wieczór. – powtórzył z zakłopotanym uśmiechem – Wiem, że nie spodziewaliście się mnie. Mogę wejść? - Wykonał coś jakby krok w przód. Odsunęła się, wpuściła go do mieszkania.
- Kto to był? - krzyczała Beata z kuchni.
Ania stała i patrzyła na niespodziewanego gościa. Milczała nadal, bo żadnego właściwego słowa znaleźć nie mogła.
Z kuchni nadeszła zaciekawiona Beata. Rzuciła okiem na sytuację i już wiedziała, że – cholera jasna! - wszystko spieprzył! Przylazł w wigilijny wieczór sentymentalny starszy pan, święty Mikołaj od siedmiu boleści, choć nikt go nie oczekiwał, choć bez niego ich życie od lat kręciło się we właściwym kierunku. Przylazł, by zepsuć. Zepsuć wszystko, co z takim trudem zbudowała.
- Po co przyszedłeś? - spytała cicho, z wściekłością i z nadzieją w głosie, że może to tylko zjawa, może nie odezwie się, rozpłynie w świetle choinkowych lampek, zniknie bezpowrotnie...
- Tęskniłem za wami. Chciałem się spotkać. Porozmawiać. - odezwał się jednak, potwierdzając swoją materialną obecność.
- Phi! - prychnęła jak rozwścieczona kotka. W prychnięciu tym była nietajona wściekłość i pogarda. Chciała, by poczuł je do szpiku kości.
- Paweł! - zawołała w głąb mieszkania – Tatuś wrócił!
Paweł wszystko słyszał. Wyszedł ze swojego pokoju dobrze zorientowany w nietypowej sytuacji.
- Dobry wieczór, panu. Ja nie mam ojca. – powiedział głośno i wyraźnie, patrząc wyzywająco na mężczyznę w przedpokoju.
- Cześć, Paweł – odpowiedział mężczyzna i zwrócił się do wszystkich – Bardzo chcę z wami dzisiaj być. Mogę zostać?
- Możesz. - odezwała się po raz pierwszy Ania.
- Możesz?! - powtórzył Paweł i spojrzał na siostrę z wściekłością - Aha! To jest ten niespodziewany gość! - ironia chlustała z jego słów - Przybłęda jakiś. To tradycja taka, że trzeba go przyjąć!
- Beatko... - mężczyzna czekał na decyzję byłej żony.
- Nie mów do mnie Beatko! - warknęła – Jak dzieci chcą, to zostań.
Zasiedli do stołu. Marek na miejscu przeznaczonym dla niespodziewanego gościa, tyłem do telewizora, Beata, Ania i Paweł na swoich zwykłych miejscach, przodem do telewizora. W TV podawali właśnie informacje o niebezpiecznej sytuacji na drogach. Intensywne opady śniegu, ślisko, liczne stłuczki i wypadki.
Atmosfera przy stole była grobowa. Gdyby dowiedzieli się, że zmarł właśnie ktoś bliski, prawdopodobnie czuliby się i zachowywaliby się swobodniej.
- No, jak już się spotkaliśmy, – przerwała uciążliwą ciszę Beata – to pogadajmy chociaż. Co u ciebie, Marek, słychać?
- A, dziękuję. – odpowiedział z wyraźną ulgą, że ktoś złamał to ciężkie milczenie – Jak wiecie... lub nie wiecie, mieszkam pod Warszawą ze swoim ojcem i... – nabrał powietrza jak przed skokiem do głębokiej wody - i z nową rodziną.
- Wiemy, wiemy! – zawołał zaczepnie Paweł - Mieszkasz w pięknym domu ze swoją piękną, młodą żonką, śliczną córeczką i dwoma rasowymi pieskami. Kotki rasowe też macie? – spytał zjadliwie.
Marek spojrzał na syna. Boleśnie.
- Nie. Kotków nie mamy. – odpowiedział.
- A twoja córka? Jak ma na imię? – spytała Ania.
- Oliwka.
- Ha, ha, ha! – zaśmiał się cynicznie Paweł – Oliwka! Imię w sam raz dla słodkiego, zasranego bachora!
- Paweł! – Beata spojrzała na syna surowo – Zachowuj się!
- To nic... – wtrącił cicho Marek – To nic.
- Nic?!!! – wrzasnął Paweł – Nic?!!! To ty jesteś nic! Wielkie nic! Zero jesteś! Zero! Ciebie nie ma! Nie istniejesz! Ja ojca nie mam i nie miałem! – wykrzyczał. Z hukiem wstał od stołu i zwracając się do siostry i do matki, spytał z dobrym wyczuciem dramaturgii – Mamo, siostro, co ten obcy człowiek robi w naszym domu?
Nikt się nie poruszył. Paweł czekał na reakcję ojca, ale daremnie. Ciszę znów litościwie wypełniły łyżki miarowo uderzające o talerze.
- Każdy ma ojca – odezwał się w końcu Marek – Tylko czasami ojcowie zapominają lub chcą zapomnieć, że mają dzieci. Ja zapomniałem... I bardzo tego żałuję. Bardzo. Dlatego przyszedłem. Żeby powiedzieć: przepraszam. Przepraszam was. – jego łyżka zgubiła rytm, opadła na biały obrus, plamiąc go czerwonym barszczem niczym krwią. Ręka drżała. Głos się łamał.
- Ja cię poznaję. Pamiętam. – cicho odezwała się Ania – Jesteś moim tatą. Zawsze byłeś. I będziesz.
Spojrzeli na siebie ponad stołem, ponad wszystkim, co przepaścią otwierało się między nimi. Czworo mokrych oczu ciepło uśmiechnęło się do siebie.
- Ja wiem – odezwał się Marek z nową otuchą w głosie – że czasu nie cofnę, swojej winy nie wymażę, niczego już zmienić nie zdołam. Ale chcę wam powiedzieć, że was kocham... – siąknął nosem – Jesteście moją rodziną. Będę się o was troszczył. Będę blisko, będę obecny... – głos znów go zawiódł. Otarł twarz ręką.
- Chcę w to wierzyć. Bardzo chcę w to wierzyć. – powiedziała Beata ni to do siebie, ni to do niego.
- Mam dla was prezenty. – Marek sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął stamtąd trzy papierowe aniołki. Położył je na stole: aniołka z sercem na dłoni przed Anią, aniołka z gwiazdą nad czołem przed Pawłem i aniołka z latarenką w dłoniach przed Beatą.
- Niech wam zawsze przypominają o tym, o czym ja sam na tak długo zapomniałem, – z trudem panował nad głosem - że was kocham.
- Starczy już tego przedstawienia. – odezwał się spod okna Paweł – Teraz to już chyba możesz iść.
- Tak, – Marek wstał od stołu – teraz to już chyba mogę iść.
Odprowadzili go do drzwi. Coś unoszącego się w powietrzu – intensywne drżenie, nieuchwytny zapach – przekonywało ich z wielką mocą, że ta noc jest niezwykła.
- Do widzenia, tato. Dziękuję za aniołka. – Ania podała mu rękę. Niezdarnie przygarnął ją ramieniem, a ona pozwoliła się przygarnąć.
- Odezwij się czasem. – powiedziała Beata – Uprzedź, gdy będziesz chciał wlecieć.
- Teraz już zawsze będę blisko was – zapewnił Marek, a nieokreślone drżenie i zapach zdawały się nasilać.
- Tylko nie za blisko! – zastrzegł groźnie Paweł. Ale podał ojcu rękę na pożegnanie.
Następnego dnia rano obudził Beatę telefon.
- Cześć córuś! Wszystkiego dobrego na święta! – to znowu dzwoniła babcia Ula.
- Cześć mamo. Jest pierwszy dzień świąt. Rano. Bardzo wcześnie rano. - Beata z trudem wynurzała się ze snu.
- Wiem, córuś. Obudziłam cię? - szczebiotała podekscytowana babcia.
- Tak.
- No, ale musiałam zadzwonić. - wyjaśniła - Bo zadzwonił do mnie właśnie ojciec Marka. Wiesz, twój teść.
- Były teść. – sprostowała Beata.
- No, niby tak. Ale ja go zawsze lubiłam. I on mnie też. A zadzwonił, żeby przekazać bardzo smutną wiadomość... – matka zawiesiła głos.
- Jaką? – spytała znużona już tą rozmową Beata.
- Marek nie żyje.
- Co??? – Beata ożywiła się natychmiast.
- Nie żyje. – powtórzyła matka – Jego ojciec mówił, że wyjechał wczoraj rano w jakiejś ważnej sprawie. I miał wypadek pod Warszawą. W poślizg wpadł. Wczoraj były okropne warunki na drogach. Nawet w telewizji mówili, żeby uważać. Pogotowie zabrało go nieprzytomnego do szpitala. I nie odzyskał przytomności. Dziś w nocy zmarł.
- ...
- Halo, Beatko? Słyszysz mnie?
- Słyszę. Ale nie rozumiem. Nic nie rozumiem.
- A co tu jest do rozumienia – zdziwiła się słuchawka – mówię ci wyraźnie, Marek wczoraj rano miał wypadek, wpadł w poślizg...
Beata już nie słuchała. Odłożyła słuchawkę. Zamknęła oczy i wytężyła wszystkie pozostałe zmysły. Tak, to naprawdę minęło – intensywnego drżenia i nieuchwytnego zapachu nie było już w powietrzu od dawna.